Strona:Maria Rodziewiczówna - Kądziel.djvu/67

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    odwieźć. Żeby nie twój poczciwy Kazio, to byłoby po niej. Umierała i nie prosiła o ratunek.
    Pani Taida pokręciła głową. Ta poczciwość Kazia była dla niej mocno podejrzanego gatunku.
    Zaczęto mówić o sprawie pomocnicy i Włodzio już układał ogłoszenie do „Kurjera“. Po wielu naradach i zmianach ułożono następujące:
    „Poszukuje się osoby w średnim wieku na wieś, do zarządu kobiecem gospodarstwem i wyręczenia pani domu. Reflektantki zgłoszą się na ulicę Wspólną, nr. 14, do pani Ozierskiej, między 1 — 3 po południu“.
    — Trzeba dodać: „wymagana znajomość rzeczy, bo uczyć nie myślę!“ — proponowała pani Taida. — Napiszcie też, żeby to była osoba z naszego towarzystwa, żeby była zdrowa i silna i z taktem.
    — Pomyślą, że mama szuka synowej! — wtrącił Włodzio.
    — To już można będzie ustnie załatwić! — zdecydowała Ozierska.
    Pani Taida, westchnąwszy, dała Włodziowi trzy ruble i posłała go do „Kurjera“, a sama udała się do przeznaczonego sobie pokoju, by się po drodze okrzątnąć i wypocząć.
    Na obiad wróciła Stasia z bibljoteki. Ledwie ją poznała pani Taida. Wychudła i sczerniała, oczy jej się tylko paliły po dawnemu, ale jakimś płomieniem po-