Strona:Maria Rodziewiczówna - Jaskółczym szlakiem.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jego fundusz ma szerokie ujście na własne przyjemności! — rzekł pan Józef.
— Tak, ale i synowicy nie skrzywdzi! — zaśmiał się złośliwie Wiktor.
— Podobno jest ładna i bardzo oryginalna — wtrąciła starsza panna.
— Więc kuzynki jej nie znają?
— Nie. Nie bywa tu nigdzie, tylko w miasteczku, u panny Stefanji Jamont.
— Stryj się nią nie chwali — dodał Wiktor.
— Więc może i ty jej nigdy nie widziałeś.
— Nie potrzebuję widzieć, aby znać.
— W takim razie twoja znajomość ludzi jest zupełnie fantastyczna i wierzyć jej trudno. Człowieka często poznać nie można po długiem nawet obcowaniu, tembardziej na zasadzie plotek.
— U nas się nie zajmują plotkami! — oburzyła się zupełnie szczerze pani Matylda.
Panna Felicja bardzo zdziwionemi oczami popatrzyła na siostrę, ale nic nie rzekła.
Zamilkł też Kostuś, z czego korzystając, Tedwin rozpoczął wykład o zastoju przemysłu i sposobach, aby go wzbudzić.
— Mojem zdaniem — wtrącił Wiktor — nie wzbudzą go nigdy dyletanci tacy jak papa. Te wszystkie próby niszczą tylko nasz fundusz.
— Tymczasem mój fundusz! — poprawił stary.
— Nie papy, ale nasz. Papa jest tylko jego dożywotnikiem i powinien pamiętać, że my wcale nie będziemy wdzięczni, gdy wskutek błędów papy zostaniemy w konieczności pracowania na chleb. Już i tak fortuna pójdzie na działy, ponieważ nie mamy tu majoratów, które jedne tylko są rozumne.
— I niesprawiedliwe! — rzekł Kostuś, pragnąc rozmowę ściągnąć na grunt neutralny.
Stary Tedwin, czerwony, dotknięty do żywego, gryzł wąsy, hamując oburzenie i wybuch.
— Ach, więc ty jesteś demokratą!