Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A w głębi wozu pani Aniela siedziała milcząca i zamyślona. Wreszcie spojrzała na niebo i odezwała się do brata:
— Nie mógłbyś, Jasiu, przynaglić konia? Tak późno: zaraz ranek.
— Czy ty, siostrzyczko, chcesz już jutro słońce wyprzedzić?
— Nietylko chcę, ale wyprzedzę niezawodnie — odparła z łagodniejszym uśmiechem.
— Makar i od ciebie dostanie paciorek, sądzę?
— Dostanie... Może i od Stasia — dodała ciszej.