Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ja, didu, niczego, tylko wam cześć oddaję, boście mądry i dobry!
— Nie ja mądry, jeno Bóg — odparł poważnie stary.
Pociągnięta przykładem, po chwili walki pani Aniela także dotknęła ustami spracowanych, twardych palców znachora. On jeszcze się do niej odezwał:
— Mołodyco, ty się opamiętaj. Tej dziewczynie wolno jeszcze być głupią, a tobie już nie czas! Ty prędko poprawę zaczynaj, żebyś dłużej przed młodszemi i małemi wstydzić się nie potrzebowała. A na ręce nie patrz, że będą czarne, nie słuchaj, jak zabolą, chwal się, jak stwardnieją. Gdy twoja krasa przeminie, takie ręce będą twoją krasą! Daj wam Boże pociechę, spokój i dobrą dolę.
— Amen! — powtórzyła życzliwie rodzina jego dla obcych i nieznanych...
Była zupełna noc, gdy wóz, ciągniony przez melancholiczną swą klacz, zawrócił z powrotem. Noc była księżycowa i ciepła. Woźnica rzucił gałąź, lejce na luśnię założył i przysunął się do narzeczonej. Nie przynaglali starej do biegu, ani kierować nią nie trzeba było, bo znała lepiej od nich drogę do żłobu.
— Korzystajmy z czasu, wyznaczonego w życiu na dumki o kochaniu — mówił zcicha pan Jan.
— Niech pan nie żartuje!
— Broń Boże!
— Więc raczej zapamiętajmy dalsze rady. Wie pan, że mi wstyd mej płytkości i myśli pustych...
Zwróciła się do nigo i uśmiechając się serdecznie, dodała:
— I postaramy się tak żyć.
— Będziemy.
— I zmówimy kiedyś w spokoju i zadowoleniu pacierz za Makara?
— Zmówimy razem, z wdzięcznością.
Uściśnęli sobie dłonie na utrwalenie sojuszu.