Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


spojrzeli na wchodzących, a sam widocznie gospodarz, chłop już szpakowaty, spytał:
— Wy skąd i czego, dobre ludzie?
— My zdaleka, do Makara!
— Bat’ku! — do kogoś niewidzialnego zawołał gospodarz. — Do was cudze ludzie przyszli.
Nie było odpowiedzi. Wtedy któryś z młodych parobczaków powstał i na piec zajrzał.
— Może umarł — niespokojnie rzekł i głośniej dodał: — Didu! Do was ludzie. Wstawajcie!
Młoda panna rozglądała się ciekawie. Pierwszy raz była w chacie, a ta była jedną z najstarszych, bez komina. Dym ulatywał do pułapu i tam tworzył obłoki sino-szare. Sprzęty wyglądały fantastycznie, w głębi izby panowała bezbrzeżna ciemność.
Z obłoków tych i głębi wynurzył się teraz starzec, biały jak gołąb, na kiju wsparty, przygarbiony, chudy. Oczy jego tylko zachowały życie i bystrość, niezgodną z laty i zgrzybiałą postawą. Podszedł do gości, przy progu na ławie spoczął, na kiju się oparł i przypatrując się badawczo, spytał:
— Czego ode mnie chcecie, ludzie?
Pani Aniela skłoniła mu się z uszanowaniem.
— Zasłyszeliśmy, dziadku, że sposoby różne znacie na wszelakie biedy: więc po radę do was przyszliśmy.
— Ja nie znam, Bóg zna! — odparł dziad.
— A wam Bóg wiedzy udzielił, ludziom na pożytek.
— Od Boga bieda, od Boga rada. Co wiem, to powiem. Gadajcie, mołodyco! Nie wiodą się wam dzieci? Nie lubi mąż?
— Nie lubi — czerwieniejąc pod badawczym wzrokiem odparła.
— Nigdy nie lubił?
— Pierwej lubił.
— A teraz bije ciebie?