Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Zniesiono z folwarku i ze wsi stosy świt, spódnic, chustek i trzewików. Dużo było zachodu z wyborem. Pani domu zgodziła się na pierwsze lepsze, ale młoda panna była w rozpaczy. Nic nie było skrajane do figury. Luźne, niezgrabne, ohydne trzewiki czyniły z jej delikatnych nóżek coś potwornego. W chustce, ściśle otaczającej twarz i kryjącej włosy, postarzała okropnie, brak obcasów pomniejszał wzrost. Mało brakło, by z powodów tych cały projekt nie został zaniechany, ale pan Stanisław, wezwany na sędziego, zawyrokował, że «dziewucha dopiero teraz ładna» i uratował sytuację. Panna Jadwiga zdecydowała się pokazać narzeczonemu, który, już oddawna gotów, siedział na furze przed gankiem.
Fura była najlepiej ucharakteryzowana, niezawodnie. Miała na sobie dziurawy półkoszek, w nim trochę słomy, niczem nie nakrytej. Klacz sędziwa drzemała w hołoblach, przestępując z nogi na nogę i przymykając to jasne, to ślepe oko. Powożący siedział bokiem na drabinie, trzymając parciane lejce i gałąź zamiast bicza. Zupełnie się swoją rolą przejął, bo żadnych uwag nie robił na widok kobiet, tylko się uśmiechał.
Panna Jadwiga przyznała, że wygląda nieszczególnie. Okazało się wkońcu, że wsiadanie na wóz wymaga dobrej woli, zręczności, a nawet zaparcia się siebie. Pan Stanisław drwił bez ceremonji, pan Jan jeszcze nie śmiał i nawet ofiarował się z pomocą. Nareszcie usadowiły się panie, upakowano wódkę dla znachora, pani Aniela w róg chustki uwiązała miedziaki, wymagane za poradę i pan Stanisław zawołał:
— No, ruszajcie z Bogiem! A nie schwaćcie mi kobyły!
Pan Jan cmoknął, bez skutku, użył tedy gałęzi i cugli i klacz raczyła ruszyć drobniutkim truchtem, póki czuła pręt nad sobą. Trucht ten za bramą, gdy zamiast do stajni, skierowano ją na drogę, zmienił