Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



ZNACHOR

— Gdzie Jaś?
— Połałam go po róże do ogrodu.
— Uśmiechasz się? Co? Może ci się oświadczył...
— Oświadczył, ale wcale nie dlatego się uśmiecham.
— Odmówiłaś?
— Nie. Dlaczegóżbym miała odmówić? Młody, przystojny, bogaty... i twój brat. Tyle doskonałości!
— Naprawdę, ty szydzisz... Zły to wstęp.
— Zwykle najgorsze bywa zakończenie.
— Czego? Małżeństwa?
— Nie, miłości. Powiedz, ty nie szydziłaś, idąc zamąż, a teraz, wczoraj, z jakiemże lekceważeniem mówiłaś o tem, o tych złotych kajdanach, o tem świętem jarzmie, o domowego ogniska cieple, o łonie rodziny, o tem wszystkiem właśnie, co mnie czeka.
— No, ja to co innego.
— Dlaczego?
— Ja miałam tyle iluzyj. Starszam od ciebie i hodowana tak idealnie. Wmawiano we mnie, że świat jest z tęcz, mężczyzna szczytem rozumu, dom świątynią, miłość wiecznością. Okazało się, że świat jest z piasku i sośniny, mężczyzna istotą, pełną kaprysów, humorów i zacofania; dom placem sprzeczek i plotek, a miłość perfumą złego gatunku, która się ulatnia, zanim się jej zapach pozna.
— Moja droga! I dziwisz się, że ja, to słysząc,