Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na paczka. Już niewiadomo, co lepiej, czy żeby niczego się nie uczyli, czy podlili się po tych przeklętych szkołach. Słyszałeś, Kostuś, że ten hrabia Ossorja, waszej Hrehorowiczowej brat, szambelanem został. Możecie mieć plecy i protekcję.
— My! — poczerwieniał chłopak. — My się z nimi nie znamy prawie, a że ojciec ich domami administruje, toć chyba nie dla protekcji, ani pochlebstwa. Byłby inną posadę znalazł, ale babka życzy sobie, byśmy tam byli. Żadnych łask od nich nie mamy.
— Ja wiem, ja wiem, ale czasem żółć się zburzy. Toć Hrehorowiczowa tam z nimi i syn! Jak ona wytrzyma. Ojciec wielkim łowczym dworu, brat szambelanem, a mąż w powstaniu zabity. Ja wiem, że wy inni! Ale to zgroza! Marszałkowa z Grel iluzje ma, że w takiem otoczeniu wnuk jej zostanie patrjotą.
— No, jeden, niezawodnie! — rzekł hardo Kostuś.
— Pewnie, pewnie. Ale wy znowu z tą sympatją dla tych nihilistów, Bóg wie, w co się możecie wplątać, żebyż was przekonać, że teraz tylko cicho siedzieć trzeba.
— A was to przed 63 nie przekonywali, że trzeba cicho siedzieć, i posłuchaliście! — mruknął Korewo.
— Łatwo wam mówić teraz. Fali kto się oprze!
— A to ciotka myśli, że teraz fali niema!
— No jest, jest, ale z tamtej strony, i straszna i dzika. My cudzego nie chcieli, nie mordowali!
Korewa zabrał jakieś papiery i wyszedł z nimi do kuchni. Kostuś wziął się znów do grażdanki z Sarosiekiem.
Student rzucił papiery w ogień i, zapatrzony w płomień, usiadł na zydelku.
Wtem wszedł ktoś do kuchni — i posłyszał głos Duszki:
— Wiesz, Kostusiu, że ten wasz wuj Staś na serjo chce się żenić z Marynią?
— Mało czego się dziadowi zachciewa. Ona nie pójdzie.