Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niech idzie — szepnął.
Jurjewicz spojrzał na frontowe okna pierwszego piętra, i rzekł:
— Idę do gospodarza. A ten tyle ziemi tam ma, a tutaj siedzi.
Ruszył ramionami i skręcił na schody, Kostuś poszedł do gimnazjum.
Hrabia Ossorja, właściciel kilku kamienic w Warszawie, wielkich dóbr na Wołyniu i w Królestwie, prezes różnych dobroczynnych instytucyj, szambelan dworu, wstawał bardzo rano i Jurjewicz zastał go już przy biurze, w gabinecie.
Wdowiec od lat kilku mieszkał z córką, wdową po Stefanie Hrehorowiczu, wnuk się przy nim wychowywał.
Oprócz córki miał hrabia Ossorja syna już żonatego, osiadłego w dobrach koronnych i radcę w Towarzystwie.
Gdy Jurjewicz wrócił przed kilku laty z Syberji, Horbaczewska, mająca wszędzie stosunki, wkręciła go na posadę rządcy do Ossorji. Wygnaniec dostał dużo roboty, małe wynagrodzenie, ale był z tego bardzo zadowolony i pracował z całem oddaniem. Poza tem nie było między frontem i oficyną żadnych stosunków, nigdy wzmianki o pokrewieństwie i prywatnych sprawach.
Jurjewicz przyniósł z sobą kosztorys nowej oficyny w kamienicy na Elektoralnej i o tem debatowali z chlebodawcą, gdy do gabinetu weszła Hrehorowiczowa. Była to kobieta czterdziestoletnia, jeszcze piękna, w eleganckim szlafroku, widocznie wzburzona.
— Proszę papy, Stefuś chrypi i chce iść do szkół.
— Doktór był? — spytał hrabia.
— Posłałam, ale Stefuś nie chce na niego czekać.
— Co to jest? Chce, nie chce! Przyszlij mi go tutaj.
Zwrócił się do Jurjewicza.
— Bardzo przykry czas dzisiaj?
— Deszcz ze śniegiem, jak w listopadzie.