Strona:Maria Rodziewiczówna - Byli i będą.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przysiągłem także tam wrócić, na Litwę.
— Ty co innego. Ty będziesz walczyć, zdobywać, ty się nie sprzedasz. Tobie każdy przyzna bohaterstwo, a ja....
— Tobie bo szkoda Lisieckiego.
— Nie. Mnie szkoda rojeń moich. Marzyłam, że będę razem z tobą i ojcem. Za dwa lata kończysz gimnazjum, pójdziesz na medycynę, ojciec ma obiecaną posadę nadleśnego u Radziwiłłów.
— Ojciec nie ma już zdrowia na taką służbę. Sybir go zjadł.
— A jakże wy będziecie beze mnie!
— Może wuj Staś ojca namówi do was.
— Jeśli u babki w Grelach nie chciał zostać i o to się poróżnili, tem bardziej do Skarbowca nie pojedzie. Co ja mam zrobić, jak postąpić.
— Słuchaj, ja jutro z wujem pomówię — rzekł chłopak. — A ty może się poradź kogo.
— Kogóż? Ojciec, pani Horbaczewska, Duszka, wszyscy myślą jedno: że mnie świetny los czeka. A ty, i ty mówisz, że mi wierzysz, że mi ta ziemia taka straszna pokusa.
— Jużci, rozumie się, toć Litwa! Mnie tam nie wolno i piędzi mieć. Może do babki napisz.
— Babka powie to, co tamci. Babce dawali trzykroć za Grele, a wiesz, w jakim niedostatku bywa, i ani słuchać chciała.
— Biedna babka, jak jej nie stanie, Grele będą Stefana, on je zaraz sprzeda.
Z drugiego pokoju rozległ się głos ojca:
— Dzieci, czy to już ranek?
— Nie, ojcze. Zagadaliśmy się — odparła Marynia.
— Będzie wam gadanie jutro w gimnazjum i u Szymczakowej!
— A czemu ojciec nie śpi?
— A tak, dla kompanji! — odparł po swojemu wesoło.