Strona:Maria Rodziewiczówna - Bajka o głupim Marcinie.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Teraz do mnie ino sokoły przylecą, mówi Marcin — i tylko tęcza za most będzie. No, już kto przez tęczę do mnie przyjdzie — temu sprzedam nawet siebie!
Zatknął za pas siekierę — ruszył z powrotem, i rozmyśla.
— Co ci ten rozumny drugiego kazał uczynić? Aha muzykę do wody cisnąć. Jakci to on wiedział, co fujarka lubi! Mądry, bestya!
Wyjął z zanadrza fujarkę — w potoku ją odmoczył, i grając, poszedł dalej. Wieczór nadchodził, ociężałe miodem pszczoły ściągały się do szczelin, mrucząc — i obsiadły skały — Marcin na nie popatrzał, i jął do nich prawić.
— Słyszeliście, dzieci, jako on wam groził. Kurzyć was, i z domu wyganiać, w niewolę zamknąć. Trutniom żądła sprawcie, i naślijcie ich na niego! A ja was nie dam, ani waszej złotej krwi na targ nie poniosę — ino mi grajcie i śpiewajcie.
Za góry chyliło się słońce — spojrzał na nie.
— Legaj spać czeladko — nie będziesz mi kapusty ni cebuli uprawiała — nie bój się — hodowałaś mi zioła i kwiaty — i hodować będziesz!