Strona:Maria Rodziewiczówna - Bajka o głupim Marcinie.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jużem o tem myślał. Masz racyę!
— Widzisz. Wszyscy ludzie mi rozum przyznają! Ino mnie słuchaj — na ludzi ciebie wyprowadzę!
— To pewna!
— Zróbże, co ci radzę, a ja cię znów kiedy odwiedzę — i pomogę, czemu sam nie dasz rady — a teraz mi czas wracać do domu, bo żona będzie nierada, do zobaczenia, Marcin, a ot przeprowadź mnie do onej gardzieli nad potokiem, co się to po świerku ją przechodzi. Trzeba tam będzie most wymyślić lepszy — dla ludzi — nie dla kóz.
A gdy stanęli nad ową przepaścią — Tomasz długo i szeroko rozpowiadał, jak dla wygody kupców i znajomych — trzeba przejście uczynić — a Marcin słuchał, przyglądał się, rozważał, i wreszcie, gdy brat go pożegnał i odszedł — jeszcze tam pozostał.
Na twarz mu uśmiech wrócił, popatrzał za Tomaszem, i siekierkę wyjąwszy z za pasa — jął świerk rąbać.
— Jakeś chciał — próżniactwo rzucę. Najprzód do drogi się wezmę! — mówił do siebie ze śmiechem. Rąbał, aż z trzaskiem świerk się w potok zwalił.