Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/29

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    kot biegał, a i ten mnie ni znał, ni witał. Za młodu, tom o to nie dbał, ale potem począł mnie żal oblatywać.
    Człowiek jest, jako drzewo, paniczu, potrzebuje korzeniami w coś wrosnąć i rosę mieć, i słonko, i potrzebuje ptasząt, coby w nim świergotały, i potrzebuje im cień dać i ochronę.
    A jam tylko korzenie miał i rolę, i słonko — a ptasząt u mnie nie było!
    Będzie temu lat piętnaście na święty Michał — byłem w drodze, jak zwykle, daleko stąd, o mil może pięćdziesiąt. Wracałem do domu, nie kwapiąc się do tej pustki. Wieczór był późny, chłodny; dymy jesienne już czuć było w powietrzu. Roiła mi się długa zima, i nuda w chacie, boć to drogi bywają złe, i mus każe izby pilnować. Patrzałem po drzewach, i zdały mi się inne, dlatego, że w nich już ptasząt nie było. Opadła mnie markotność. Droga szła lasem a lasem, aż ot przed sobą zobaczyłem na ziemi, trochę w prawo — czerwone ognisko. Od osad dalekie, w mglisty wieczór zastanowiło mnie. Cmoknąłem na szkapięta. Gdym się z niem zrównał, stanąłem. Ogień gorzał na skraju lasu, pod krzakiem, o dzie-