Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdy na koszta pogrzebu chcieli sprzedać ostatnią odzież — poszła pani Anna do złotnika.
— Chciałabym nie sprzedać, ale zastawić ten dukat — rzekła.
Gdy wyjmowała pamiątkę z woreczka, wypadł z niej znaleziony medalik.
Stary wziął blaszkę do rąk, przyjrzał się przez lupę, spróbował narzędziem, długo myślał — wreszcie w swój lakoniczny sposób rzekł:
— Sto marek — na trzy tygodnie.
— Na ten medalik?
— Ja panią znam. Wykupi pani w czas. — I zawinąwszy w papier blaszkę, dał jej dziewięćdziesiąt marek.
Dziwiła się pani Anna, ale jeszcze więcej się zdziwiła za powrotem do domu. Dwóch jej starszych chłopaków powitało ją radosną wieścią. Dostali pracę. Starszy u powroźnika, młodszy u mieszczanina do kopania kartofli. Najstarsza córka opowiedziała też, że jakaś pani przychodziła, pytając, czy nie umieją szyć na maszynie.
Otucha wstąpiła w duszę pani Anny. Jak wszystkim ludziom pracowitym — zaczęło jej przybywać czasu. Starczyło na opatrunek nę-