Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ja się ogarnę i do adwokata pieniądze poniosę, a ty nie trać czasu. Naści rubla, wyproś u kogo furmankę, taj o krokwiach pomyśl. Ano, grosza żałuj, bo wiele go nam trzeba będzie na zimę, a ot ja przez ciebie już trzeci dzień na robotę nie chodzę.
I poszła. Drobny październikowy deszcz zakrywał cały świat, obijał resztki liści, wicher jęczał przeciągle. Roman długi czas przesiedział bezczynnie, lenistwo go opanowało i niechęć do jakiegokolwiek zajęcia.
Wtem ktoś do drzwi zapukał. Wstał więc i otworzył. Na progu bocian straceniec stał zmokły, skostniały, tak nieszczęśliwy, że o przytułek i chleb człowieka prosił.
— Chodź, nieboraku! — rzekł Roman, ustępując mu z progu.
Ptak wszedł i nieśmiało w kąt się wtulił; okrągłe jego oczy miały wyraz błagalny.
Parobek rzucił mu chleba kawał, resztkę kartofli.
— Ot i bydlę już mam na gospodarkę! — szepnął, uśmiechając się smutnie. — Byleż go matka nie wygnała, nieboraka.