Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Matka porąbała kawałek płotu, by go ogrzać, przystawiła garnek kartofli, wydobyła mu świeżą bieliznę i siermięgę niedzielną.
Ale nawet go nie popieściła, nie pocałowała; na rogu stołu rachowała przyniesione pieniądze.
Dwa dni przeleżał na piecu, ale i tyle było odpoczynku i wywczasu. Zahartowany, twardy, zmógł chorobę, napędzała robota, napędzała zima i deszcz, który zwalonym dachem zaciekał.
Wtedy spytał matki, co we wsi słychać, a oczy miał w ziemię wbite, jakby wiedział, że niema czem się radować.
— Dobrze słychać, synku! — odparła. — Stryj twój snać czuje, że sprawę z nami przegra, kiedy Teodora „w prystupy“ od siebie daje! Czuje, że ciasno stanie na polu. Na wiosnę swoje będziesz orał!
— Do kogóż idzie Teodor?
— Do starostowej Ulisi. W niedzielę ślub wzięli!
Roman słowa nie rzekł. Nie znać było po nim uciechy z własnej roli. Jak siedział na ławie, tak jeszcze bardziej się zgarbił i łokcie do żeber przycisnął, jak kiedy dreszcze zaczynały trząść i męczyć. A wdowa mówiła dalej: