Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


krzak przydrożny w jamę piaskową, pod most, gdziekolwiek czuł trochę ciepła i zacisza. Tam paroksyzm przebywał i znowu się wlókł, coraz wolniej.
Ludzi się bał o przytułek prosić, do karczmy zajść grosza żałował. Pił wodę, a czasami w lesie ośmielał się ognisko rozpalić i upiec na węglach znalezione przy drodze bedłki.
Bywały dnie, gdzie wcale iść nie miał siły. Leżał na mokrej ziemi, otulając się szmatami siermięgi; myślał wtedy, że umrze.
Ale wnet majaczała mu w oczach chata na wygonie i krzyż na rozdrożu, dźwigał się z jękiem i szedł, zaciskając zęby, starając się o słabości nie myśleć.
Poznał wreszcie swoją okolicę, zobaczył dymy nad wioską, zaleciał mu w nozdrza zapach chleba. Teraz już dojdzie! Odpoczywał co kilkadziesiąt kroków, kijem się podpierał, wszystkie bóle czuł srożej, ale wierzył, że jeśli i zamrze, to w chacie.
Drżącą ręką skobel wrotek poruszył i do drzwi zakołatał.
— Otwórzcie, matko...
— Roman! — krzyknęła z wybuchem szczęścia.
Po chwili przed kominem siedział dygocąc.