Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Więc przestała pytać. Stawała u płotu i ponuro na nich patrzyła, gdy mijali chatynę, myśląc, że może który sam się odezwie. Ale się kwapili do domów, i nikt we wsi nie lubił baby jędzy, więc nikt jej nie zaczepiał.
Nareszcie wszyscy wrócili, oprócz dwóch, którzy na cholerę zmarli, a Romana nie było. Stefan, ilekroć wdowę spotkał, szydził z niej bez litości. W chatce dach się zawalił i nie było komu go naprawić, brakło drew i chleba. Czarne dnie przyszły, kobiecie opadły ręce, siedziała w pustce, nie czując głodu i chłodu, tylko rozpacz bezbrzeżną.
Bocian skazaniec, nie mając w bagnie pożywienia, do chatki się przyplątał. Ze ścian spróchniałych wybierał robaki i w śmieciu glist szukał, a wieczorem, zawracając szyję, klekotał żałośnie, lub zamyślony, z obwisłemi skrzydły, wpatrywał się beznadziejnie, z bierną rezygnacją w chmury zimowe, zasnuwające horyzont.
A tymczasem Roman się wlókł do chaty.
Ze szpitala się zawcześnie wyprosił, rachował na swe siły i tęsknotę. Szedł pół dnia, a resztę czasu z febrą się borykał. Wsuwał się wtedy pod