Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mówiono, że kilku utonęło, że cholera ich dziesiątkuje, że złe febry ich trapią. Wdowa słuchała tego i płakała, suchy swój chleb samotnie jedząc, ale potem zaczynała rachować tygodnie, a każdy był po trzy ruble — i osychały jej łzy.
Nareszcie w chłodną już jesień zaczęli wracać.
Najpierw najzdrowsi i najleniwsi — chłopy rosłe i wesołe. Wybiegła do nich na drogę.
— A mój Roman gdzie?
— Został się. Febra go do cna zjadła. Jeśli się przywlecze, to ostatni. A może i umrze.
Wtedy ją dopiero strach zdjął. A nuż nie wróci?
Po wygonie, opodal chaty, bocian samotny się wałęsał. Odleciały silne i zdrowe, on został na zimę... na śmierć.
Może jej Roman tak się zostanie nad rzeką i umrze, bo iść nie mą mocy?
Chciała biec do niego, ale nie miała chleba na drogę, ani wiedziała gdzie go szukać.
Codzień więc tylko wyglądała flisaków, pytała o wieści. Oni przez złośliwość bezduszną drażnili się z nią. Mówili, że się utopił już dawno, że go okradli, że w szpitalu leży — każdy co innego.