Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Matka zabiera... nie wiem! Matka o ziemię się sądzi z Jankami.
— E... gadają, że nic z tego nie będzie.
Ruszył ramionami, dudkę schował w pień spróchniałej wierzby i zegnał woły z łąki.
— Chodźmy razem, będzie ochotniej! — rzekła Ulisia.
— Nie jedna nam droga.
— Do cmentarza jedna... a tam straszy!
— Do cmentarza wszystkim jedna! — mruknął.
I poszli, on patrząc apatycznie pod stopy, ona raz wraz ku niemu zerkając.
Suchy był, chudy, czerniawy — w biedzie wzrosły i zhodowany. Matkę jego, gdy owdowiała, wygnał mężowski brat z chaty z niemowlęciem u piersi. Ale była to kobieta młoda i dzielna, miała też rozum nie babski. Bez lamentów ustąpiła, poszła z dzieckiem na służbę do dworu. Mało miała czasu dla niego, ale grosz zbierała chciwie. Półnadzy bywali oboje, butów nigdy nie znał Roman, ani kożucha, i już od sześciu lat zaczął zarabiać, pasając indyki, gęsi, potem nierogaciznę. Gdy miał dwanaście lat, matka zrachowała swoje kapitały i zabrawszy go opuściła dwór.