Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Brzeźniak cały się maił, a dołem ruczaj biegł, złotym „łotociem“ obrzeżony. Zacisznie tu było, a tak odludnie, że ptactwa mnóstwo osiedliło się w gąszczu i pilnie gniazda sobie wiło.
Woły, po kolana w młodej trawie brodząc, prędko się nasyciły i legły, a na ziemię majowy zmierzch się nasuwał i zalegała cisza odludzie.
Roman młodą łozinę odciął, korę całkowicie oddzielił i wnet ligawkę sporządził.
Zerknął na dziewczynę, rad się jej pozbyć, bo mu wstyd było dorosłemu grać, jak pastuszek nieletni, ale potem ramionami ruszył. To i co? Niech się prześmiewa — jednakowoż ona nie dla niego, on nie dla niej hodowany. Ledwie, że ją znał.
Zagrał sobie zcicha, potem coraz śmielej.
Dziewczyna przestała śpiewać, zbliżyła się ku niemu, i patrząc nań — słuchała.
Podobał się jej odrazu, bo go dudka słuchała, jak żywa.
— Czemu ze skrzypcami w karczmie nie grywasz?
— Bom na służbie.
— Szmat ci płacą?