Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


SURMA.

Nikt z ludzi nie wiedział, że Ulisia i Roman miłują się z sobą. Ona była jedynaczką u bogacza, on — synem komornicy, parobkiem u gospodarza.
Oni sami nie gadali nigdy ze sobą o „lubieniu“, bo wiedzieli, że na jesieni los ich rozłączy, że się rozejdą jak drogi za wsią. Ona do kościoła pójdzie do ślubu, a on do dworu na zarobki.
Tymczasem wiosna była. W brzozowych zaroślach co wieczora i co ranka spotykali się, bez zmówienia, bez myśli. Pierwszy raz przypadkiem — on z wołami czarnemi, ona z wołami krasnemi — na paszę, po robocie. Rzekła mu wesoło pozdrowienie, bo śmiała i zaczepna była dziewucha, on jej odpowiedział półgębkiem, bo z natury mruk był i do gawędy nie ochotny.
Paśli opodal na polance i widzieć się musieli. Ulisia śpiewać zaczęła, parobczak łyko darł i w milczeniu słuchał.