Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Więc go gniew opanował, żal, że się dał oszukać starcowi, że swój drogocenny instrument wymienił na takie drewno, i poszedł do pustelni. Zastał znowu starca przesuwającego paciorki i rzekł gniewnie:
— Nie nauczyliście mnie zaklęcia, skrzypki wasze ladaco. Jakże to może być! Chciałem sobie sławy przysporzyć, a i tę stracę na tej zamianie.
— Samiście zamiany chcieli, nie ja. Możecie teraz swoje odebrać. Dla mnie każde dobre! — uśmiecha się starzec.
I wynosi mu jego skrzypce i oddaje, a swoje odebrał, za krzyż zatknął, i znowu koronkę niże, wcale nie urażony.
Mistrz powstydził się gniewu i pokornie pyta:
— Powiedzcie mi, czemuż ja takiej publiczności nie mogę mieć, jaka do was przychodzi?
A starzec uśmiecha się dobrotliwie i rzecze:
— Mój synu dla ludzi grasz, ludzi masz. Syt, że bądź sławy swojej. A do mnie też taka publiczność przychodzi, dla której gram.