Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Porwał tedy mistrz zdobycz, i myśląc, że starego oszukał, prędko odszedł, aby się pustelnik nie rozmyślił i słowa nie cofnął.
Pacholę też u starca ostało, a mistrz, dumny, wrócił między ludzi.
I zaraz ogłosił wielki koncert wieczorem, w ogrodzie królewskim, na nowych skrzypcach. Zbiegło się ludzi mrowie, najświetniejsze pany, i znawcy, i bogacze. Gra mistrz, na ludzi nie patrzy, czeka owej publiczności, co w pustelni była. Ale łabędzie, co drzemały nad stawem, nawet głowy z pod skrzydeł nie podnoszą, nie zlatują ptaki, a choć miesiąc świeci, ścieżyną nikt nie zbiega. A ludzie szepcą:
— Co to za instrument nikczemny? W szynkach chyba grajki na takich rzępolą. Czy zwarjował nasz mistrz, czy ucho stracił? Toć piszczy i fałszuje, że w głowie boli.
Gdy mistrz grac przestał, nie było oklasków.
Mistrz tedy pomyślał, że w drodze mu się skrzypki popsuły, począł je narządzać, przyciągać, struny nowe zakładać i znowu koncert dał. Ale tylko ludzie nań przyszli i słuchali.