Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się, byle więcej się zmieściło, i obsiadłszy gzymsy i futryny, słuchają, paluszkami dając sobie znaki, by hałasem grajkowi nie przeszkadzać. Co się kilkoro nie zmieściło, to się do drzwi ciśnie, na paluszki się wspina, przez szpary zaziera, a wszystkie się śmieją, śmieją z wielkiej uciechy, i pokazują sobie starca.
Nieinaczej, czary są w skrzypcach, mistrz je kupić musi, za jaką niebądź cenę, byle taką publiczność mieć. Patrzy na pacholę, a ono śmieje się i płacze, jakby od zmysłów odchodziło.
A wtem starzec grać przestał i wyszedł przed chatę, jeszcze swe skrzypce trzymając.
Uśmiechnął się do mistrza, i jakby nie widział reszty słuchaczów, rzecze wesoło:
— Takie ci moje mizerne granie!
A mistrz woła:
— Co chcecie za skrzypce wasze, ojcze? Zapłacę, co każecie, ale je mieć muszę, muszę!
— To je sobie weź darmo! Niech ci służą.
— Nauczcie mnie zaklęcia do nich.
— Nijakiego niema.
— Więc weźcie wzamian moje.
— Jak chcesz. Na moje granie każde dobre.