Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nożem wystrugał. Wziął je stary, pod krzyżem stanął, chwilę czegoś słuchał, strun próbował, i zagrał.
Pacholę skinęło na mistrza i wyprowadziło go przed chatę, w cień, i szepnęło:
— Słuchajcie i patrzcie!
A właśnie miesiąc wszedł i uderzył w okienko, i o białą głowę starca, i o gwoździe Ukrzyżowanego. Poczęła pieśń płynąć w dolinę, po owym strumyku miesięcznej światłości, i zbiegać w przepaście, i rozchodzić się po szczytach.
Po chwili szmer się rozległ po skałach, kamyk się wdół stoczył; obejrzał się mistrz i zobaczył, jak z gór schodziły kozice skalne i wyciągnąwszy głowy, nastawiwszy uszy, stanęły zasłuchane, niebojaźliwe nieopodal chatki. A po małej chwili zaszumiało w górach, i cicho płynąc na potężnych skrzydłach, zleciało orłów kilka, i posiadały na zrębach nad chatą i słuchają grania. Patrzy mistrz i dziwuje się, aż oto pacholę za ramię go trąca i na miesiąc wskazuje. A ową ścieżyną z blasków, coś się kłębi, zlatuje — jakby gołębiąt stado — chłopiąt skrzydlatych chmura; popychają się, śmieją, i biegną jak dzieciaki na łakocie. Dopadły okienka, zazierają do środka, tłoczą