Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z tego chwałę mam. Ot sobie grywam, co myślę, co widzę! Chłopak plecie! Ale jeśliście w gościnę do mnie zaszli, to wam zagram, ale i wy mnie dajcie swego kunsztu usłyszeć. W tej dolinie piękne echo — zagrajcie!
Mistrz dobył swój instrument drogocenny i począł go stroić, a potem zagrał. Starzec słuchał milczący i powoli paciorki bukszpanowe przesuwał. Ciszej i ciszej czyniło się w dolinie, a mistrz grał, że nie można piękniej. Pacholę oglądało się wkoło, jakby szukało publiczności, ale tylko ich trzech było słuchających.
Cichości i mroki wieczorne coraz bardziej ogarniały pustelnię.
A wreszcie mistrz skończył, a starzec zatknął różaniec za pas i rzekł:
— Nie w ludzkiej mocy piękniej grać od was, mistrzu. Cześć ci i sława.
— Wasza teraz kolej, ojcze! — uśmiechnął się muzyk, rad pochwale.
Starzec wszedł do chatki. Jedno miała okienko i jedne drzwi, a wprost okienka, na ścianie, krzyż wisiał z figurą. Za krzyż zatknięte były skrzypce proste, lipowe, takie niezdarne i grube, jakby je