Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Państwo było zachwiane od fundamentu do szczytów.
Władca zawrzał bezmiernym gniewem, i począł ich chłostać biczem i lżyć:
— Zdrajcy! Tchórze! Gdzie bronie wasze, gdzie moc, którą wam dałem. Precz mi stąd! Do dzieła — i nie pokazujcie się, aż lud cały przyprowadzicie mi na kolanach, do stóp moich. Inaczej biada wam!
Przerażeni urzędnicy się rozpierzchli. Władca pozostał sam i poczuł gorycz w sercu, ogień we wnętrznościach i jakiś niepojęty lęk.
Dzień się miał ku schyłkowi, ale nikt do niego nie przybywał służbę pełnić, i nie wracali ni rajce, ni stróże, ni urzędnicy.
Tedy odwrócił oczy za słońcem i widział jak zachodząc złociło szczyty, z za których nazajutrz o świcie miało wystąpić promienne. Wokoło jego majestatu kładły się cienie nocy i chłód go ogarniał.
Tedy go zdjęła zgroza śmiertelna i strach, zali ujrzy poranek, i co mu jutro przyniesie. Wielkim głosem zawołał uczonego doktora, najwierniejszego z rajców.