Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kto postęp — a kogo nie stać było na tyle, sami najmniejsi — składali egzamin z czytania i pisania, i rachunku. Chodzili tacy poborcy, co ową daninę zbierali — spisywali — i odnosili władcy. Otóż zdarzyło się, że owi chodząc od domu do domu po wszystkich drogach i ścieżynach — znaleźli onych wygnańców. Żyli sobie we troje i już się nawet zagospodarowali. Babina miała znowu kołowrotek, który jej chłopiec kozikiem niezgrabnie wystrugał, i na malutkich zagonkach chowała len modro kwitnący. Chłopak z drewna skrzypki sobie nowe sprawił i, ku niebu patrzący, coś na nich wygrywał. A starzec jaskineńkę sobie wynalazł u źródełka, i siadywał na głazie, karmiąc gołębie, i spoglądając ku dolinie, czy go kto nie woła.
Zdumieli poborcy, jak taka nędza jest żywotna, i spytali baby:
— Wiesz ty, ile czyni siedem razy dziewięć?
A ona na to:
— A wiesz ty, jaki królewicz przemienił się w makowe ziarno?
— Milcz, bo cię wsadzimy w ciemnicę!
— Owa — z ciemnicy wyprowadzi pająk!