Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— i tyle wierzę, co w baśnie nianiek. Ale jeżeliś taki bezinteresowny — to idźże w te skały — i tam się módl i pość, jak ci głód dopiecze i samotność się sprzykrzy — przyjdź i hołd mi złóż. Dam ci wtedy jeść! Precz!
— Precz, precz, precz! — zawyli teraz wszyscy i pognali przed sobą troje wygnańców, ciskając za nimi drwiny i obelgi, kamienie i śmieci!
Wygnali ich za grody i domy, za pola i łąki, aż w góry, kędy był tylko głaz i las — potok i śnieg, i kędy tylko dzikie kozy się pasły i orłowie się gnieździli!
I po tym sądzie zapanował znowu spokój w państwie wielkiego mocarza, i o trojgu wygnańcach i pamięć zaginęła. Do majestatu przychodzili często ludzie ze sprawami i sporami. Przychodzili się skarżyć, a on ich godził, przychodzili się radzić, a on im mózg rozjaśniał, przychodzili o pomoc, — a on ich wzmacniał.
A na wszelkie pytanie miał odpowiedź.
I było dobrze w tym kraju.
A panowało tam prawo, że miast podatków składali poddani władcy co rok daninę mądrości.Kto wynalazek nowy, kto maszynę, kto nauki,