Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mimo pańskiej posępnej miny, nie boję się i wierzę... Prowadź mnie pan!
— A jednak na wstępie zarzuciła mi pani fałsz — mruknął,
— Nie spodziewałam się zobaczyć młodego. Ojciec mówił mi o starym przyjacielu. Wszak przeprosiłam natychmiast pana!...
Zeszli do dorożki. Za nimi Marwitz składał na drugą kufry i tłumoki.
Marek pozostał u stopnia.
— Pan siada? — spytał.
— Dziękuję panu. Dopilnuję do końca depozytu. Boże, uchowaj, co zginie, to mnie za powrotem ojciec srodze wyłaje. Miłuję nadewszystko spokój!
— Dyrektor przędzalni, miłujący spokój. Co za zestawienie! — zaśmiała się panna Irena. — Jedźmy, panie Czertwan! Dość mam włóczęgi! Radabym spocząć nareszcie!
— Ruszaj, żywo! — zakomenderował Marek furmanowi.
— Czy to po litewsku? — spytała ciekawie.
— Nie, pani, po polsku.
— To tu państwo zapomnieliście rodzinnego języka?
— O! nie, pani. Nie zapomnieliśmy niczego, i na Żmujdzi naszej dzieje nie zapisały żadnego wstydu! Ubodzy jesteśmy i nieliczni tylko, ale uczciwi...
Przez mroczną jego twarz wybił się blask życia i gorąca z głębi duszy...
Bezwiednie, przypadkiem, dotknęła najdrażliwszej strony cichego charakteru. Uderzyła w bryłę pozornie bezkształtną i jałową, nie spodziewała się usłyszeć takiego czystego dźwięku, zobaczyć takiego ognia w zimnych oczach.
Wpatrywała się weń z zajęciem.
— Pan kocha bardzo swój kraj? — rzekła poważnie.
Urwał i, jak zwykle, po mimowolnym wybuchu, spuścił głowę, jakby ze wstydem, i nic nie odparł.
Patrzała wciąż na niego.
— Ojciec miał słuszność — ozwała się po chwili. — Kraj ten musi być wart kochania, gdy na wzmiankę o nim ludzie tak promienieją. Niech pan milczy; .już ja wiem, co pan myśli, i wiem, dlaczego mi pan swej ręki nie podał.
— Dlaczego? — spytał z zajęciem.
— Pan ma mi za złe, żem lat tyle nie zatęskniła i nie stanęła z wami, nielicznymi, do pracy, nie szukała swej ziemi, ale czas i siły oddała obcym.
Ruszył lekceważąco ramionami. Czas i siły ośmnastoletniej dziewczyny był to, wedle niego, kapitał bez pro-