Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szedłem jak waryat. Rozpacz rosła z każdym krokiem, a jakem tego zobaczył, tom oślepł od szału. Bóg łaskaw! zdążyłem na czas jeszcze!
Odetchnął głęboko i już uspokojony postąpił parę kroków do drzewa.
— Tyle wieków on stał i wszystko przetrwał! Dziesiątki pokoleń go strzegło, broniło, aż Bóg za karę takich zesłał, co ni pamięci, ni ducha ojców w piersiach nie mają. Najcięższy to dopust i próba! Co my warci bez pamięci starej sławy i cnoty? Skąd my ją odbudujemy i utrzymamy?
Może nigdy tyle słów naraz nie wyszło z zaciętych ust tego odludka.
Jak z za chmur wyjrzało słońce, tak w tej chwili wybił się na wierzch z głębi duszy odblask świetny tego, co tam, na dnie w ciszy wiecznej żyło, pragnęło i bolało. Przeistoczony wyglądał i potężny, aż od tych promieni roziskrzyły mu się wpadłe oczy i cisnęły skry wielkiego gorąca.
Nigdy przed nikim takim nie bywał. Skąd wobec tej, obcej prawie, cisnęły mu się do ust słowa, krew do serca i skroni? Dlaczego jej tak ufał i wierzył? Skąd brał pewnik, że go zrozumie?
Odgadł może bratnią duszę i uczucie w jej oczach złotawych, utkwionych poważnie w jego obliczu.
— Nie budują trutnie, lecz pszczoły — odparła. — Ci, co tak myślą i czują, jak pan, nie dadzą temu, co dobre, upaść. Nie trwóż się pan — dodała — obronimy ten dąb i to, co on przedstawia.
Uśmiechnęła się doń z otuchą. Wyprostował się, podniósł wyzywająco głowę.
— Obronimy! — powtórzył z mocą. — Pókim ja żyw, Dewajtisa mego nie weźmie topór. Dziękuję pani raz jeszcze!
Teraz sam pierwszy wyciągnął do niej rękę.
— Idź pan po sąd i policyę, ja tu zostanę na straży. Dąb wasz będzie bezpieczny. Nie dam go tknąć nikomu.
— Za chwilę przyślę pani pomoc, a i odemnie z zaścianka niebawem ktoś przybędzie. Mój chrzestny będzie mnie szukał. Pani będzie tak dobra i objaśni, gdziem poszedł.
Za chwilę nie było go na polance. Psu kazał pozostać, więc wierny Margas ułożył się u nóg Irenki i czuwał.
Irenka siedziała na głazie i parę minut pozostała zamyślona, patrząc w głąb, gdzie go jej z oczu zabrały wypukłości lochów i gąszcz jeżynowy; potem porwała się żywo i przystąpiła do leżącego Żyda.
Powoli budził się z omdlenia i przestrachu. Począł jęczeć i stękać.