Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szydercze oczy Irenki popatrzyły nań długą minutę. Zamigotały w nich iskry żartu; może zrozumiała, co chciał powiedzieć, bo zagryzła usta i zmusiła je do milczenia i powagi. Julka z równą trudnością hamowała wesołość.
W ogródku Ragis burczał, wzdychała żałośnie panna Aneta, przejęta całą grozą wypadku z takim gościem. Wracali razem do towarzystwa. Na widok tak świetnego zgromadzenia, starowina straciła głowę. Z daleka obchodziła stół, dygając co krok i po staroświecku dwoma palcami unosząc spódniczkę. Myślała ze strachem, czem to grono nakarmi?
Goście skłonili się jej w milczeniu, Julka wyłożyła pannie Orwid, kto to był, Ragis na pociechę ofiarował Marwitzowi poziomek, spokój powracał powoli.
Wokoło za to robiło się coraz gwarniej: wieczór nadchodził, trzody ściągały z pastwisk, ludzie ze świątecznych wedrówek. Ulica zapełniała się bydłem, końmi, owcami, zabrzmiała gwarem ludzi i zwierząt.
I brama Markowa otworzyła się szeroko. Dobytek, rycząc, przeciągał do stajni. Niewiele tego było, ale gładkie, lśniące, wosołe, i — jak menażerya Ragisa — oswojone do rąk i głosu człowieka.
Amerykanie przyglądali się ciekawie tym mizernym dostatkom człowieka, który tam, w Poświciu, obracał setkami tysięcy, a zostać nie chciał za żadną cenę i wrócił do tej zagrody na pół chłopskiej, do twardej pracy i niewygód. Spodziewali się zobaczyć wcale inną fortunę.
Potem Grenis zamknął bramę, zakrzątnął się z Ragisem na podwórzu, służąca z panną Anetą poszły ze skopkami do obory, goście, zostawieni sobie, rozmawiali, coraz częściej spoglądając na słońce.
— Może pan Czertwan dziś nie wróci? — zauważyła Irenka.
— Musi wrócić — szepnęła Hanka. — Już za wczoraj posyłano po niego! Tyle interesów czeka!
— Doprawdy? A ja go chcę zabrać z sobą do Poświcia.
— Nie wiem, czy to się pani uda! Potrzebuję go dla rodzinnych spraw, bardzo naglących.
— Mój stryj wygląda go też niecierpliwie!
— Kazimierz pisał, wzywając gwałtownie do Kowna.
— Woda mu młyn porwała!
— Istotnie, roboty, jak na jednego, dosyć! — pokręciła głowa Irenka.
Wtem psy podniosły głowę, nadstawiły uszu, zaczęły węszyć i ruszać sie.
— Marek idzie! — oznajmił Rymko radośnie.
— Marek idzie! — powtórzyła panna Aneta — ach czem ja ich nakarmię?