Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


purowych niemal, dają barwom ton główny, naczelny. Miesza się z tonem tym złotawa rumianość jabłoni, i świetna zieleń grusz, chcących do ziemi.
Woń dojrzewającego owocu topnie w powietrzu cichem i gorącem. Smołki drzewne pachną, a pszczoły padają na kwitnące grzędy bez brzęku prawie, ciężkie, a złote niby krople miodu.
...Pamiętam was, wirtuozy małe!
Domek nizki pod wzgórzem stoi; gałęzie berberysu tysiącem rubinowych oczu do wnętrza mu przez drobne szybki patrzą, brzoza liść złoty na gonty mu trzęsie, całą kaskadą srebrnych kor swoich za niemi bijąca.
Gromadka wróbli, które tu od zorzy do zorzy wiec krzykliwy mają, nie wie, czy jeszcze na gałęzi, czy już się na strzesze ściele.
Przed progiem domku, łuskwiny koralowych berberysów w błyszczącym do słońca piasku. Nad odźwierkiem drewniana