Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I znów fala buchająca życiem zieleni, barw, liści, plątańców i łodyg, a za nią znów kawał umarłego muru: baszta, puste przedpiersie, w trawy zaryte, za którem nie bije żadne żywe serce.
W lewo, na osypisku żwirów błyszczących w słońcu, uczepiona z gruzów arkada, kamienna, pół owalna rama, w której wybłyska prosty, cały w tonach ametystu i szmaragdu mieniący się obraz: błękit nieba, zieleń pól, chat dymy liliowe, i modrość w skrach płynącej rzeki, ot, jak go wymalował Bóg.
Stary mur, starego wieku syn, okno tu sobie i wygląd na prawnucze życie uczynił Stara Baśń w oknie siedzi, złote nici przędzie, i starym, drżącym głosem stare pieśni śpiewa. Świerszcz, który tu gniazdo ma, gęśli jej do wtóru stroi.
A na lewo, na prawo, jak wzrok puścić wolno, sady... sady... sady... Ledwie z nich strzechy ludzkich siedzib widne. Fiolety śliw, od niebieskawych, aż do pur-