Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


A potem nagle spoważniawszy, rzekł:
— Więc może są to rządy waszego tyrana, wielkiego Dyonizyusza?
— I tym razem, przyjacielu — odparł Syrakuzanin — jesteś w błędzie. Gdyby rządy tak ciężkie jak mój mieszek były, wierzaj mi, jutro przestałyby być rządami a wielki Dyonizyusz Dyonizyuszem. Demos ma w karku jedną taką chrząstkę, której sobie dotknąć nie pozwoli. Na tej chrząstce nie tacy jak ja i ty połamali zęby.
— Zaciekawiasz mnie! — rzekł Tymon przystępując bliżej. — Wiem że teraz po rynkach filozofy chodzą, siejąc mądrość swoją, aby na kamieniach rosła. Brodacz taki jeden mówił niedawno w Atenach, że najcięższą rzeczą w Grecyi są łzy Helotów. Może to te łzy, bracie, w mieszku swoim niesiesz? Toby się nadawało do zamysłów moich...
— To co ja dźwigam — odrzekł mąż — jest cięższe jeszcze niż łzy Helotów.
— Cóż to więc jest, na Zeusa! — krzyknął Tymon, a oczy jego zabłysły.
— Śmiech Helotów, zebrany na rynku w Syrakuzach — rzekł mąż. I poszedł dalej, krocząc znojnie, schylony pod swoim ciężarem.