Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Schyliłam się przerażona, chciałam ją podnieść. W tej chwili przechodził woźny z magistratu, a widząc leżącą, ścisnął ramionami i rzekł:
— At, co tam pani będzie się fatygowała nad taką fiksatką... Tać ona trzy lata temu własną chałupę spaliła i dziecko w niej, że to jej chłop w boru umarznął na śmierć... No, i jak amen w pacierzu poszłaby do chwestunku, tylko że ma rozum głupi.
Puknął się w czoło i ramionami wzruszył.
— Gdzie to na taki upał w kożuszysko się ubrać i na słońcu grzać... A i psisko też zfiksowane być musi, bo insze toby dawno w świat poszło za lepszą strawą...