Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


miesiącu każdziuśką rzecz spotrafiłam. Jakby mi co do ucha gadało. Jeszcze jesień nie przyszła, jużech te duże lutery wszystkie, do jedniuśkiej porozumiała, i złożyć złożyłam. Jakech też te duże porozumiała, dopiż ja do tych maluśkich. Ano, jedno do drugiego, jedno do drugiego, ażech i te maluśkie spotrafiła. Nie takci jak duże het, ale spotrafiła. Dopiż ja se spódniczyny zrządziłam, dopiż ja do kościoła, dopiż krzyżem bez cały nieszpór leżała, dopiż Panu Jezusowi za naukę dziękowała.
Tom tak już tej „ujnie“ rzewnie służyła, tak już rzewnie pracowała, jak tej rodzonej matce, żech to u niej, na jej chlebie tej nauki dostała. Bo to chleb dobre posilenie jest, a nauka jeszcze lepsze. Miałby człowiek naukę dobrą, nie byłoby po światu tych morów, tych głodów, tych powodzi, tych smutków i ciężkości dusznych. Samoby się niebo bliż ziemie nakłoniło, i człowiek świętymbym się ostał.
— I jakieżeście jeszcze książki czytali?
— A wszytkie, jakie ino gdzie!...
Mówiła to z pewną chlubą, jak najbardziej oczytana osoba.
— To wiecie, pani, co ja sobie myślę? Ja myślę, co dobrze tak Pan Jezus dał, że tego „nie dość“ na świecie; bo żeby tego dość było,