Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


gła, to ta niewielce w niej paradę miałam. To, pani moja, dał mi Pan Jezus taki przemysł, żech sobie łatkę płótnianą zrządziła, i na onej koszulinie u boku, jakoby też kieszonkę, igłą „przyściegła,“ ino że od spodku, coby chłopaki nie najrzały, i takech se tę groszówkę chowała. Pognałam krowę w pole, tom ta byle gdzie pod krzaczkiem się przytaiła, abo i w rowie, i com tylko u nich spatrzyła, tom póty na onej groszówce szukała, pókich nie znalazła. Tom jedno do drugiego przykładała tak i tak, tak i tak, aże się złożyło...
Przychyliła się do mnie, i kładąc wyschły swój palec na ustach, rzekła zcicha:
— Jak ja sobie teraz miarkuję, to nic, ino janioł mi tak precz wszystko dopowiadał. Bo gdzieby to sam człowiek spotrafił! Tom się nieraz, pani moja, tak umordowała, ażek się o ziem cisła i płakała... To wiatr polem powieje, abo to wróblątko zaświegoce, a we mnie zara duch inszy, insze porozumienie; ino spojrzę, już widzę jak i co. To cóżby to, pani, było, jak nie moc niebieska?... Drugi raz, obświeci miesiąc izbę, a mnie zara janioł budzi. To dalej ja, smyrk ze słomy, żem to wpodle okna ligała, i do mojej groszówki. To com tylko w dzień nie spotrafiła, to nocą, przy onym