Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/318

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


hodował i słońcu się radował i ludzi cieszył i odpoczynienie swoje miał.
Oj przylecisz ty tu i na bezrok jeszcze, ale już gniazda twego nie będzie, jak tu i nas i gniazd naszych nie będzie... Miemce tu obsiądą, miemce tu gniazda swoje założą, a ty głupi precz... za morze... za morze!...
Podniósł głos, oczy chłopów znów się na niego zwróciły.
— Panie Gotlib! — zawołał — panie miemiec, bliżej tu sam, bliżej!... Jeszcze się tu niejedno do przedania najdzie, ino pieniądze liczcie!
Widzita te jaskółki nad wodą? Widzita tę modrość niebieską?... Widzita ten krzyż nade drogą?... Widzita het one górki, one mogiłki nasze?
Dalej! Wszyściutko przedajem! Kupujta tę modrość niebieską, ten krzyż przy drodze, te mogiłki!
Cisnął czapkę, spuścił głowę i zamilkł.
A potem, nad oną kupą domowizny przed chatą klęknąwszy, ręce przy ustach złożył i mówił mocnym głosem:
— Święty Boże! Święty mocny mocny! Święty a nieśmiertelny! zmiłuj się nad nami!
Zaszemrały za nim głosy, jako wiatr wio-