Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


płakał, więc go sklepikarka pojęła do siebie, a i nam po bułce dała.
— A to ci baba skruszała! — szepnął Felek, poczem ją zaraz w rękę pocałował i bosemi nogami szastnął w zamaszystym ukłonie.
Cały ten dzień było mi tak, jakby mi kto do ucha szeptał: „niema już matki!.. umarła już matka“... To zaraz wycierałem pięściami oczy, bo mi się okrutnie płakać chciało.
Mimo to jednak bawiliśmy się tego dnia doskonale, bo taka u nas ciżba była, jak na Ordynackiem. Jak zapamiętam, nigdym tyle ludzi nie widział w naszej suterynie; a co kto przejdzie koło nas, to po głowach głaszcze, to się lituje, to pociąga nosem.
Wczoraj jeszcze w całej kamienicy nikt na nas inaczej nie wołał, tylko łobuzy, albo urwipołcie; a dziś, jakby im kto gęby miodem posmarował: „Sieroty! Sieroteńki! Niebożątka!...“
A Felek tylko się nastawia, a oczami mruga, a co kto przejdzie, to mnie poszturchuje.
— A to ci komedyje! A to tyjatr!... — szepcze i w ściśniętych pięściach robi dwie skandaliczne figi, a język sam mu się z poza zębów wysuwa, cienki i ostry jak żądło.
Ojciec tymczasem jak nieprzytomny po izbie