Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


jego z pod brwi gęstych, nawisłych, siwych, patrzą w tę uliczkę, która jest wśród wielkiego miasta jakby odrębnym, zamkniętym w sobie światem.
Świata tego drobne tajemnice zna Mendel na wylot. Wie, kiedy się powiększa a kiedy zmniejsza kaszel starego archiwisty, który mu przynosi do oprawy grube, pełne kurzu foliały, zatęchłych papierów, wie jak pachnie pomada małego dependenta, któremu zszywa akta pana mecenasa; wie kiedy przyjdzie Joasia od pani radczyni, z żądaniem, aby jej za „śkło pieknie wsadził“ laurkę z powinszowaniem, na której złocisty anioł odkrywa się i pokazuje kawalera z bukietem róż w ręku; wie kiedy nie je obiadu student, mieszkający na strychu, wie z której strony nadbiegnie zdyszana pensyonarka żądając, aby jej „niebiesko i ze złotemi sznurkami“ oprawił przepisane na listowym papierze poezye Czesława i Gawalewicza.
On wszystko wie. Wszystko, co można widzieć na lewo i na prawo siwem, bystrem okiem, co można na prawo i na lewo usłyszeć uchem i co przemyśleć można długiemi godzinami, stukając jak dzięcioł młotkiem introligatorskim, równając i obcinając wielkie arkusze papieru, warząc klej, mieszając farby.