Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


pilnej roboty nie było, wrzeszczała jak opętana i wylatywała aż do bramy z tym wrzaskiem. Co miała sobie żałować?
Józefowa zapominała wtedy, że ma na górę wodę nieść, ale przechyliwszy się przez poręcz schodów, chłonęła w siebie tę bijatykę małżeńską, jak najrozkoszniejszy widok. Usta jej otwierały się lekko, nozdrza drgały, oczy wpatrzone były z uwielbieniem w podnoszący się i opadający kułak Pawła. Powiedzieć nawet można, że w egzekucyi tej czynny brała udział, gdyż za każdem uderzeniem żylastej pięści Pawła w kark wrzeszczącej baby, źrenice wodziarki mrużyły się rozkosznie i trwożnie zarazem, a proste jej, ślicznie zarysowane barki uchylały się miękko i pokornie. Gdy się nareszcie albo baba wyrwała i uciekła z wrzaskiem, albo też Paweł, zmachawszy się, sam ją puścił i na drogę kopnął, Józefowa z westchnieniem po konewki sięgała, i szła na górę, zadumana, z poczuciem krzywdy, którą jej los wyrządził.
I na nią wprawdzie czasem podnosił Glapa swój niedołężny kułak. Ale to była parodya! Do pleców jej ledwo sięgnął, a i tego nie poczuła nawet, a o porwaniu za kark, wytarmoszeniu za łeb, zdarciu czepka z włosów — to