Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


siątą granicę przegnała! Kobieta młoda, zdrowa, krew z mlekiem — i nic!!
Czuła Józefowa, że jej kucharka nie wierzy. Co miesiąc też prawie odtąd udzielała jej szeptem jakichś wiadomości, które, lubo zawsze okazywały się płonnemi, dawały wszakże Józefowej niejakie prawo chodzenia przez parę tygodni z partesa, obwiązywania głowy białą chustką, narzekania na ciężar konewek, którego, przysiądz-by można, że nie czuła, a nawet utyskiwania na świat, na którym: „Cóż ta chłopu...“ Chłopu, wszystko zarówno! A kobiecie, to choć i ten święty sakrament, a bokiem wyłazi...“
Były to bezwątpienia tygodnie najszczęśliwsze jej życia, póki znów wszystkiego nie przyszło odwołać.
Ale Pawłowa nietylko pod tym względem była przedmiotem zazdrości wodziarki. Należało to bowiem do dziennego porządku w życiu sutereny, że Paweł, ogromne chłopisko, z wąsem mało-co mniejszym od jego stróżowskiej miotły, babę swoją o byle-co bijał. Bicie to odbywało się czasem na cicho, a czasem na głośno. Kiedy baba prała, albo szorowała izbę, a śpieszyło się jej, to tam i czasu nie było na lament, choć ją mąż poszturchał; jeśli