Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ale nie usnął. Leżał na wznak, z otwartemi szeroko oczyma, wpatrzony w gasnące na wschód nieba gwiazdy.
Spojrzała na niego raz i drugi.
— A czemu nie śpisz synku? — spytała.
— Nie mogę, mamo... — odpowiedział cicho, skarżącym się głosem.
Podeszła i siadła przy nim.
— Nic si nie trap, synku! — przemówiła. — Nic się nie trap! Albo to na to ten Pan Bóg miłosierny pioruny w niebie chowa, żeby zaś niemi wdowie niebogiej jedynego synaczka ubijać? Nie da tego Pan Jezus i ta Matka Przenajświętsza... A ja ci to powiem, że piorun wesele znamionuje, kiedy się kawalerowi, albo pannie śni. Ot co, widzisz, piorun znamionuje.... Przecie sennik mam, to wiem.
Mówiła to z uśmiechem, wesoło niemal, ręką wyschłą po czole jego wodząc i włosy mu gładząc, aż chłopak dobrej myśli począł być i też się uśmiechnął.
— To mama mówi, że wesele? — spytał.
— A przecie, że nie co! Wesele, huczne wesele...
Zamyślił się chłopiec, a po chwili rzekł:
— To ja już wstanę, mamo...