Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Marcyś! A!... Marcyś! Wstawaj, synku! gwiżdżą...
Chłopak odwrócił głowę do ściany.
— To kos, mamo... — mówił wpółprzytomnie.
— Ale! — kos tam! We fabryce gwizdają, synku, nie kos!
Przeciągał się, nakrywał na głowę, mruczał, ale matka nie ustępowa. Nocny dyżur się kończył, kotłowy na swojem miejscu pierwszy stanąć musiał przed robotnikiem jeszcze. Powtarzało się to cały tydzień boży, niedzieli nie wyjmując nawet.
Ale jednego razu, kawał jeszcze do ranka było, chłopak się z krzykiem ze snu porwał sam i na pościeli siadł.
Matka już była przy nim.
— Co to? Co ci, synku, co? — pytała troskliwie.
Nie odpowiadał. Patrzył na nią szeroko otwartemi oczyma, usta miał drżące, czoło w zimnym pocie. Rozpięta na piersiach koszula podnosiła się od mocnych głośnych prawie uderzeń serca.
Objęła go ramionami matka.
— Co ci to synku, co ci to? — pytała, tuląc chłopaka, jakby małe dziecko.