Strona:Maria Konopnicka - Książka dla Tadzia i Zosi.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A nic! Ucałował Urszulkę i aż mu łzy w oczach stanęły.
— A mamę, miała też ta Urszulka?
— A jakże, mamuniu, miała! Kluczyki za nią nosiła, w gospodarstwie jej pomagała, gości nadobnie witała, a kiedy ojciec wracał z jakiej drogi, to zawsze wybiegała naprzeciw niego wpierw jeszcze niż starsze dzieci i obejmowała go rączkami za szyję i cieszyła się jego powrotem.
— No i cóż się dalej stało?
— Ach moja mamusiu! Bardzo się źle stało, bo ta Urszulka umarła. Ach, żeby mamusia wiedziała, jak jej wszyscy w domu żałowali, to strach! A najbardziej ojciec. Jak siadł pod swoją lipą, to tylko wzdychał i pisał śliczne pieśni o swojej córeczce. Te pieśni, nazywały się... nazywały...
Treny — podpowiedziała matka.
— Tak, mamuniu, Treny. Ja czytałam, że te treny to najpiękniejsze pieśni ze wszystkich jakie napisał Jan Kochanowski. A kiedy się tak smucił, śni mu się raz, że mu jego matka przyniosła Urszulkę na ręku,