Strona:Maria Konopnicka - Książka dla Tadzia i Zosi.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zastrzyże, to żabka zielona „dżdżu“ z pod listka woła, to tu gdzieniebądź z pastwiska fujarkę zasłyszysz. A słoneczko ślicznie sobie het precz świeci, a one chmurki, jako te aniołeczki białe wiaterek pogania, a kłosy i trawy szumią, a szumią, właśnie jakby do człowieka gadały. Oj dobra ta ziemia, dobra! I chleba da i wody źródlanej i cienia da i owocu z drzewa i ziela nahoduje różnego na różne ludzkie słabości... Żeby ino ludzie tak ją miłowali, jako ona matką dobrą człowiekowi jest...
Zadumała się staruszka i trzęsła głową siwą. Ale Mańcia, której oczka świeciły jak dwie gwiazdeczki, skoczyła jej na szyję, wołając:
— Moja nianiu! Moja nianiu! Jak jeszcze po zioła kiedy pójdziesz, to mnie też weź z sobą.
— Ano, czemu nie! Jeśli tylko mama pozwoli. Ale musisz, kwiatuszku, rano wstać, bo to po rosie najlepsze zbieranie.
— Wstanę, nianiu, wstanę!