Strona:Maria Konopnicka - Książka dla Tadzia i Zosi.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Słucha mój Tadzio, słucha, ale się tylko uśmiecha. Gdzieżby tam zaś wróble piwo miały warzyć! Ubrał się ładnie, czyściutko, idzie ojcu i mamie dzień dobry powiedzieć.
Ale mały Janek to wcale co innego, ten aż na głowę kołderkę ściąga, żeby jaskółeczki nie słyszeć i słonka nie widzieć, a ocząt nie otwiera nawet, a buzię tak krzywi, że aż się Rozalia z niego śmieje. Taki śpioch!
Nasza jaskółeczka śpiochów nie lubi, sama raniutko wstaje, z gniazdka wylatuje, muszki dla dziatek swoich chwyta, czarne piórka w stawie macza! Tu jest, tu jej niema; tylko się miga w oczach, taka zwinna! Kot z folwarku, stary Matus, siedzi pod ścianą, zmrużył zielone ślepki i mruczy a patrzy na jaskółeczkę. Radby się z nią bliżej zapoznać, ale nim Matus głowę obróci, już jaskółeczka trzy razy w kółko obleci staw cały i na ramie okna siędzie, główką kręci i tak Jankowi przyśpiewuje:

A ty Janku, mały panku,

Stało mleczko w białym dzbanku,
Jak się muszki dowiedziały,

Wszystko mleczko wylizały.