Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/301

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szczał w trąbę“ dziewczynę, którą przysięgał kochać wiecznie, której pokazywał nabity rewolwer mówiąc że strzeliłby sobie w łeb, gdyby popełnił kiedy tę nikczemność aby ją opuścić. Mimo to, porzucał ją później i zamiast wyrzutów, czuł do niej jakby urazę. Nie pierwszy i nie ostatni raz postępował w ten sposób; tak iż niejedna z dziewcząt — trudniej zapominających o nim niż on o nich — cierpiała, tak jak cierpiała długo jeszcze siostrzenica Jupiena, wciąż kochając Morela, mimo iż gardząc nim. Cierpiały, gotowe wybuchnąć pod naporem wewnętrznego bólu, bo każdej z nich wyraz twarzy Morela, twardej jak marmur i pięknej jak antyk — jakiś fragment greckiego grobowca — utkwił w mózgu, z jego kwitnącemi włosami, z wymową subtelnych oczu, prostym nosem, tworzącym niepodobną do zoperowania wypukłość na nie przeznaczonej dlań czaszce. Ale z biegiem czasu, te tak twarde fragmenty osuwały się w końcu w miejsce, gdzie nie sprawiają zbytniego bólu, skąd się już nie ruszają; nie czuje się już ich obecności; to zapomnienie, lub wspomnienie obojętne.
Nosiłem w sobie dwa produkty owego dnia. Z jednej strony, dzięki spokojowi, spowodowanemu uległością Albertyny, możliwość (i tem samem postanowienie) zerwania z nią. Z drugiej strony, owocem moich refleksyj podczas czekania na nią przy fortepianie była myśl, że Sztuka, której starałbym się poświęcić odzyskaną wolność, nie jest